My. Monika i Mateusz

5 miesięcy. Tyle czasu upłynęło od naszych zaręczyn do czasu ustalenia daty naszego ślubu i zarezerwowania miejsca wesela.

Potem upłynęło kolejne 8 miesięcy zanim cokolwiek komukolwiek powiedzieliśmy.

Samą datę uroczystości ustaliliśmy na ciut ponad 2 lata przed samym ślubem i obecnie uważam to za wielką głupotę. Choć wtedy, ja – osoba robiąca większość na ostatnią chwilę, byłam dumna z tego, że udało mi się coś ogarnąć wcześniej. Ale ta duma minęła mi gdy tylko zrozumiałam, że gdyby nie zarezerwowane już miejsce, to moje wesele wyglądałoby zupełnie inaczej. Miałoby inną, zdecydowanie bardziej luźniejszą, formę. Byłam nieco na siebie za to zła. Tym bardziej, że od początku wiedziałam, że nie chcę mieć wesela w typowo weselnych miesiącach. Po jakiego więc grzyba rezerwowałam cokolwiek na dwa lata do przodu? Na prawdę nie wiem.

Ostatecznie uzgodniliśmy tak, że nasz ślub i wesele będą 27 maja 2017 roku. Tak wiem, maj jest miesiącem weselnym, ale wciąż nie jest to miesiąc typowo weselny. Po za majem w grę wchodził jeszcze listopad lub styczeń. Ale skoro już rezerwowaliśmy wszystko z ponad dwuletnim wyprzedzeniem i ten maj był wtedy wolny to… zdecydowaliśmy się właśnie na niego.

Usługodawcy!

Podstawową trójkę usługodawców, czyli sala, zespół/Dj i fotograf wraz z kamerzystą, wybraliśmy właśnie na około 2 lata przed weselem. Decydując się na nich kompletnie nie opieraliśmy się na ich osobistej znajomości lub poleceniach znajomych. Wybraliśmy takich usługodawców, z którymi wcześniej nie mieliśmy żadnej nawet najmniejszej styczności. Kompletnie ich nie znaliśmy. Niektórzy słysząc o naszych wyborach stwierdzili, że jesteśmy dość odważni, ale dla nas nie było to nic nadzwyczajnego. Tak chcieliśmy, tak czuliśmy, tak wybraliśmy. 🙂

Z pozostałymi usługodawcami nie było już tak „odważnie” i zdecydowaliśmy się na takich, z którymi już wcześniej mieliśmy styczność.

Sukienka, makijaż, fryzura!

Nie należę chyba do typowych kobiet, bo te trzy elementy były owszem dla mnie ważne, ale nie na tyle ważne by godzinami przeszukiwać Pinteresta w poszukiwaniu inspiracji. Nie chodziłam na różne próbne fryzury i makijaże do różnych fryzjerów i makijażystek. A z sukienką to już w ogóle było łatwo. W głowie właściwie od początku miałam pomysł na to jak ma wyglądać sukienka. Kompletnie była to prosta sukienka, żaden efekt wow, żadne nowości, żadne trendy. I wierzcie mi, że nie odwiedziłam ani jednego salonu (po za tym w którym ją szyłam) i nie przymierzyłam ani jednej sukienki ślubnej.

Welon szyłam sobie sama. Nie chciałam tradycyjnego, tiulowego, sterczącego welonu. Mój welon miał być możliwie najbardziej lejący, więc spośród zamówionych tkanin wybrałam tę, która po prostu okazała się najodpowiedniejsza. Podobnie było z paskiem. Go również zmieniałam i przyszywałam sama.

Fryzurę robiła mi Michasia – kuzynka Mateusza, a makijaż Marika – koleżanka Martyny, mojej bratowej.

Okulary!

Tak, miałam okulary. I tak, nie żałuję tego. I tak, polecam. Wiele osób dziwiło mi się, że w dniu ślubu nie postawię na soczewki. A mnie dziwiło to, że oni się dziwią, bo ja do momentu dopóki nie zaczęłam słyszeć takich komentarzy nie uważałam tego za coś dziwnego. Dla mnie, osoby na co dzień noszącej okulary i lubiącej się w okularach, pojawienie się w nich na ślubie było czymś normalnym i zrozumiałym.

Błogosławieństwo!

W piątek, dzień przed ślubem. Wtedy w gronie rodziców, rodzeństwa i dziadków, bez stresu, mieliśmy piękne błogosławieństwo. Bardzo zależało nam na tym by nie było to tradycyjne bardzo stresowe błogosławieństwo tuż przed ślubem wśród kamer. Myślę, że nikt wtedy nie mógłby przeżyć tego tak jak powinno być to przeżyte.

Pierwszy taniec!

Oczywiście z piosenką mieliśmy ogromny problem. Nie stresowało nas to żaden sposób, ale czasu na poszukiwania straciliśmy bardzo wiele, a i tak ostatecznie to co wybraliśmy nie było tym co tak do końca chcieliśmy. Wynikało to z tego, że naszym zamysłem było nie mieć pierwszego tańca. W naszym przemówieniu przed rozpoczęciem wesela poprosiliśmy gości by po prostu razem z nami wyszli na parkiet i przypomnieli sobie swój pierwszy taniec – to dla tych, którzy małżeństwem już są lub poćwiczyli go – dla tych, którzy wciąż mają to przed sobą. Stąd ta piosenka nie mogła być jakaś wyszukana, taka którą znamy i lubimy tylko my. Musiała być taka, którą znają wszyscy i taka do której da się tańczyć. Oczywiście z samym tańcem wyszło  jak wyszło. Niektórzy faktycznie tańczyli zgodnie z naszym zamysłem, a inni otoczyli nas tradycyjnym kółkiem.

Dekoracje, atrakcje i zabawy!

Nie mogłabym nie opisać tutaj naszego podejścia do dekoracji w tym dniu. Na początek napiszę, że samodzielne ogarnianie sali to ciężka sprawa. Nie ma tutaj na myśli rozłożenia kilku świec i kwiatów, które wcześniej były zamówione w kwiaciarni, bo to zajmuje tylko chwilkę. Chodzi mi o przygotowanie wszystkiego samodzielnie. My wszystko ogarnialiśmy sami i wiem, że drugi raz nie zrobiłabym sobie tego przed własnym ślubem mimo, że bardzo lubię to robić. Ale u nas w grę nie wchodziło tylko rozłożenie kilku świec. Mając wesele w klimacie drewniano-ogrodowym chcieliśmy by to co możemy było ze sobą w miarę spójne.

Zrobiliśmy więc drewniane osłony dla Dj i Barmana, drewnianą ściankę i drewnianą budkę na lemoniadę. Po za tym robiliśmy również strefę chilloutu i drabinkowy słodki stół. Kwiaty na stołach oczywiście musiały pochodzić z ogrodów. Postawiliśmy więc na kwitnącą wtedy kalinę , którą po prostu włożyliśmy do wazonów oraz na zwykłą pospolita trawę. Po za tym były margerytki i zieleń.

Zaproszenia to też połowiczne DIY. Deseczki przygotowaliśmy sami (sklejka nie wchodziła w grę), projekt również wykonaliśmy samodzielnie. Jedynie grawerowanie wykonała nam super Pani Marta z Emiki.

Strefa chillout to dla nas, osób nieweselnych, coś co musiało być koniecznie. Zależało nam również na zabawach plenerowych, ale z nich w dniu wesela zrezygnowaliśmy i zorganizowaliśmy jedną w poprawiny.

Czy dwuosobowy stół ma sens?

O tym, że przy naszym stole będziemy siedzieć sami, bez świadków, rodziców czy rodzeństwa, wiedzieliśmy od razu. Dla nas było to ważne i miało sens. Choć na pewno nie jest to idealne rozwiązanie zawsze i dla każdego. Dla nas było. I to z wielu powodów. Po pierwsze, nie jesteśmy zbyt dobrymi towarzyszami, więc dla naszych świadków siedzenie z nami byłoby raczej utrapieniem. Myślę, że zdecydowanie lepiej było im z resztą naszych gości.

Po za tym, jesteśmy osobami, które nie uważają, że rolą świadków jest bycie przy Parze Młodej i pomaganie im w każdej sekundzie wesela. Dla nas są oni dwiema ważnymi osobami, które są dla nas bliskie i które uważamy, że będą najlepiej świadczyć o tym co nas łączy. Ich zadaniem nie było organizowanie za nas czegokolwiek. Bardzo zależało nam na tym, by nie mieli oni albo przynajmniej by mieli jak najmniej sytuacji, które by ich w jakiś sposób stresowały. Stąd taka, a nie inna nasza decyzja.

No i jeszcze jednym ważnym argumentem było to, że my lubimy być sami. Oczywiście na weselu jest to nie możliwe, ale dzięki temu, że przy naszym stole byliśmy tylko my, że byliśmy sami, mogliśmy nieco odetchnąć, nie myśleć, nie rozmawiać, nie słuchać, być sobą dla siebie.

Poprawiny!

Nie wyobrażam sobie swojego wesela bez nich, choć ani ja ani Mateusz jakoś szczególnie ich nie lubimy. Zazwyczaj na nich nie tańczymy (cóż za nowość) więc raczej są one dla nas nudne. Dlatego nasze poprawiny nie mogły być takie po prostu zostawione same sobie. Stąd pomysł na taką luźną, plenerową grę dla wszystkich, w której były do wygrania jakieś marne nagrody. Pomysł na zabawę z przebijaniem balonów był mój. Mateusz natomiast wymyślił to by wprowadzić nagrody i by były one właśnie takie głupie i śmieszne. I nawet jeśli dla niektórych zabawa była beznadziejna i totalnie niepotrzebna to nam dzięki niej ten czas poprawin minął szybciej.

Co więcej!

Kiedy organizowaliśmy swoje wesele to robiliśmy je po swojemu, choć nie było ono dla nas, bo my generalnie należymy do osób, które nie koniecznie lubią wesela. Organizowaliśmy je dla naszych gości. Nie zrezygnowaliśmy więc ze wszystkiego czego nie lubimy tylko dlatego, że to nam się to nie podoba, bo wiedzieliśmy, że naszym gościom się to podoba. Nie lubimy disco polo (i dlatego był Dj zamiast zespołu), ale nie zrezygnowaliśmy z niego całkowicie. Nie pijemy alkoholu, ale nie wyobrażamy sobie naszego wesela bez niego. Bo nasze wesele było dla gości.

Nie przeszkadzało nam to, a nawet cieszyliśmy się z tego, że nie byliśmy w tym dniu w centrum uwagi. Że goście nie prosili nas nachalnie do tańca. Że nie próbowali przychodzić by wznieść z nami toast i że nie było słów „no co Ty z nami się nie napijesz?”. To było wbrew pozorom fajne, bo pokazało, że nasi goście nas znają i szanują to, że nie lubimy tańczyć i pić alkoholu. A my mogliśmy czuć się swobodnie i być sobą na swoim weselu. Właściwie najchętniej to w tym dniu usiadłabym w jednym z tych leżaczków w strefie chillout i przesiedziała tam całe wesele jedząc naszego bananowego torta, którego popijałabym lemoniadą i rozmawiając z gośćmi, którzy akurat do tej strefy by zawitali.

Czy nasze wesele było oryginalne?

Nie, bo my nie jesteśmy oryginalni. Jesteśmy sobą. I nasz ślub organizowaliśmy po swojemu. W większości zrezygnowaliśmy z tego czego nie lubimy, zostawiając jednocześnie to co uważaliśmy że zostać powinno. Czasem coś zmieniliśmy lub zrobiliśmy to w nowej formie. Nie robiliśmy nic na siłę. Nie prosiliśmy kogoś tylko dlatego, że tak wypada lub, że tak sugerują rodzice. Nie całowaliśmy się do utworu „Ona temu winna…” tylko dlatego, że to klasyk, który jest na każdym weselu. Nie było błogosławieństwa w dniu ślubu tylko dlatego, że to tradycja. Byli za to wszyscy Ci, na których obecności na zależało (no po za Moniką i Tomkiem, którzy być powinni, a których nie było). Było nasze przemówienie na początku wesela, na którym nam tak bardzo zależało. I wreszcie było bardzo uczuciowe i emocjonalne błogosławieństwo z rodzicami i dziadkami dzień przed ślubem.

 

Kto z nami był!

Ślub – kościół: Parafia Matki Bożej Fatimskiej w Turku
Wesele – sala: Restauracja od Lasem
Organizacja: A może w kolorze
Muzyka: DJ Jerzman
Zdjęcia: Wspaniała Chwila i Kaczkowska Agnieszka
Drink Bar: Barman Mario
Słodki stół i lemoniada – organizacja: A może w kolorze
Florystyka i dekoracje: A może w kolorze
Oświetlenie i drewniane dodatki: A może w kolorze
Strefa chillout: A może w kolorze
Drewniane zaproszenia, tablica gości i winietki: A może w kolorze (grawerowanie zaproszeń: Emika)
Makijaż: Marika – koleżanka
Suknia: projekt własny
Napis MIŁOŚĆ: A może w kolorze

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *

preloader